Chłopów obgadywanie i życia domowego i pracowego ciągłe trwanie ...
SELKAR.PL - Centrum Taniej Książki Dodaj wpis Pokaż wpisy
referer referrer referers referrers http_referer
czwartek, 07 stycznia 2010

Zupełnie nie wiem dlaczego wszyscy mnie pytają jakie są moje postanowienia noworoczne? Prawda jest tak, że no cóż... Nie mam żadnych postanowień noworocznych poza szybkim MŻ po świątecznym obżarstwie.

Ciężko mi się wraca do pracy po wolnym - najpierw wolna Wigilia, święta, a potem zaległy urlop i już trzeba wracać. Porwaliśmy jednych przyjaciół i wspólnie wybyliśmy do Brukseli gdzie zwalilismy się na głowę drugim przyjaciołom, zahaczyliśmy wszyscy razem o Paryż i Brugię i było zaskakująco sympatycznie. Zaskakująco dlatego bo ja jestem lekki dzikus w kontaktach międzyludzkich i lubię mieć swój kawałek podłogi. W pracy nie mam już na to szans więc chociaż na wakacjach staram się mieć zapewnioną przestrzeń zyciową. Tym razem nie było to łatwe bo mieliśmy jeden duży pokój na cztery osoby + czasami pies, który z bólem serca oddał nam swoją sofę ale często zaglądał czy całkiem jej nie zagarnęliśmy. Przeżyłam, sporo zwiedziliśmy, połaziliśmy i dorobiłam się sporych zakwasów, ale oczywiście warto było...

sobota, 28 listopada 2009

Zaczęłam zamawiać prezenty choinkowe, zapowiedziałam rodzince co ja chcę dostać i odkryliśmy super księgarnię online. To, że są tańsi sporo od Empiku to się przyzwyczaiłam bo większość księgarni netowych jest tańsza ale Merlina też przebijają i ksiązki tam zamówione dotarły 2 dni wcześniej niż z Merlina, bardzo porządnie zapakowane i co najważniejsze mieli całą serię o wampirach Anne Rice :).

A tu jest to cudo:

http://selkar.pl/aff/[alrisa]

poniedziałek, 16 listopada 2009

Mamy taki bardzo oryginalny zwyczaj w pracy, że chodzimy sobie na "lancze". Podczas jednego z takich przerywników pracowych rozmawialiśmy o Jacksonie - jak to z nim było, czy te oskarżenia o molestwoanie są prawdziwe czy nie i czy jego wszyscy przyjaciele, którzy nagle się objawili w takiej iloście po jego śmierci, byli także przy nim wtedy gdy miał takie kłopoty i jak to było naprawdę? Powiedziałam wtedy, że w Stanach jest w ogóle przegięcie w drugą stronę - tak jak w przypadku ojca, który umył swoją córkę i został oskarżony o molestowanie jej. I tu zaczęła się żywa dyskusja bo część osób była zdziwiona dlaczego dla mnie to jest normalne i oczywiste, że ojciec może umyć swoje dzieci? Bo powinna je myć matka, a dziewczynki to już bezdyskusyjnie. Siedziałam osłupiała i spytałam co w przypadku gdy kobieta musi gdzieć wyjechać? Dziecko ma wtedy czekać aż ona wróci bo ojciec ma go nie tykać? A co z przewijaniem? Przewijać może ale takie większe dziecko to już inna sprawa. A później padł koronny argument - no bo to tak samo jakby tobie ktoś wszedł do łazienki! Dalej nie bardzo rozumiałam o co chodzi - no to co, że mi ktoś wejdzie do łazienki? Wkurzyłoby mnie gdyby mi się ktoś ładować do wc ale łazienka? Ba - mało tego, okazło się, że moje zwyczaje ubierania się  w pokoju (a nie w szczelnie zamkniętej łazience) czy łażenia nago po domu są naganne. Mało tego - to, że wiem jak wyglądają nago moi rodzice, siostra, chłop to też nie jest wcale normalne. Wydawało mi się, że osoby normalne mają podobne podejście, a tu zderzyłam się ze ścianą. Ich dzieci nie widują ich nago, po domu chodzą wyłącznie ubrani, przebirerają się w zamkniętej łazience, w saunie nie byli, a pod prysznicem na basenie ubrani są w kostium kapielowy. Poczułam się jak rasowy zboczeniec. Tak się tylko zastanawiam co by było w przypadku gdyby ktoś im bliski był unieruchomiony i trzeba go było myć, przebierać, przewijać? Dla nikogo to nie jest przyjemna sytuacja ale dla mnie ciało to ciało i tyle, a dla nich to jeszcze dodatkowy wstyd? Skąd się bierze takie podejście? Ich dzieci pewnie będą podchodziły podobnie ale od czego to się zaczęło? Nagość to nagość i bywa różna, dla mnie powodem do wstydu byłoby rozebranie się gdybym była jakoś zdeformowana ale jeśli wyglądam ok i do tego staram się trzymać wagę to jest ok.

piątek, 13 listopada 2009

Nasi przyjaciele ostatnio wzmożyli działania reprodukcyjne i gniazdowe... Wiem, że już jesteśmy w odpowiednim wieku, zegary biologiczne pędzą jak szalone i właściwie to powoli zaczyna być najwyższa pora na decyzję być czy mieć? Część osób poprzestaje na wprowadzeniu do domu przyjaciela czworonoga, a część doszła do wniosku, że tylko dziecko stanowi własciwe dopełnienie związku i albo stara się o nie usilnie albo już ma albo myśli czy aby nie chcieliby mieć? Najbardziej denerwują mnie ci co "są w ciąży" i otoczenie też pyta "od kiedy jesteście w ciąży"?. Czy ja o czymś nie wiem? Do tej pory wydawało mi się, że to baba odwala całą czarną robotę, a rola faceta przez 9 miesięcy ogranicza się głównie do tego jak nie udusić tego wieloryba obok, który powoli przestaje myśleć racjonalnie i zaczyna widzieć tylko dzieci, wózki, słodziutkie malutkie ubranka, rozważa jaki kolor ścian w pokoju dziecka, które łóżeczko najlepiej się sprawdza itd. Bliższym osobom uświadamiam, że nie samym rozmnażaniem człowiek żyje i są jeszcze inne sprawy, część pozostaje zaskakująco normalne, a część pracową, która zmierza w kierunku totalnego zdziecinnienia omijam szerokim łukiem... Chłopa poinstruowałam, że gdyby zauważył u mnie jakieś objawy to ma mi to powiedzieć w krótkich żołnierskich słowach. Well powoli zaczęliśmy się zastanawiać co by było gdyby? I co jest lepszym wyjściem - dziecko czy pies? Co wychodzi najdrożej i czy nie zbankrutujemy? Sama nie wiem co bym chciała - jakieś szalone instynkty się u mnie nie odzywają, traktuję taką ewentualność jako zupełną abstrakcję... To się tak po prostu wie czy z czasem człowiek się oswaja z myślą, że może my też? W sumie nie chcę kiedyś obudzić w towarzystwie 20-stu kotów :).

wtorek, 20 października 2009

Jadąc na urlop nastawiłam się na błogie lenistwo, machanie nóżką i nadrabianie zaległości czytelniczych, a już na pewno na odpoczynek intelektualny. Nie było niestety tak łatwo... Chłopcy nas trochę przećwiczyli - ci z rodziny więc ciężej się było opędzać. Problemy natury egzystencjalnej miał zwłaszcza 8-latek K. Pewnego wieczoru przyszedł do nas i zaczął z grubej rury

- ciocia a czy wy będziecie mieli z wujkiem dzieci?

-Ekhem, no nie wiem, może kiedyś tak, a dlaczego się pytasz?

- A bo ja bym bardzo chciał mieć kuzynów...

-No tak ale wiesz o tym, że najpierw to są takie bardzo małe dzieci, nie można sobie z nimi porozmawiać ani się pobawić.

-Nic nie szkodzi ciocia, ja takie niemowlaki też bardzo lubię.

-Aha.. rozumiem, ale wiesz my z wujkiem nie umielibyśmy się zajmować takim niemowlakiem.

-Nic się nie martw ciocia, mamusia na pewno udzieliłaby wam paru wskazówek.

Dzień później pytam mamę K. czy coś mu opowiadali i co w ogóle chodzi, skąd takie zainteresowanie naszym rozmnażaniem??? A. stwierdziła, że my mieliśmy tylko próbkę light bo oni mają temat dokładnie przedyskutowany. A zaczęło się niewinnie - chłopcy byli z tatą na stacji benzynowej, zauważyli tam prezerwatywy i zapytali co to takiego, G. wytlmaczył im, że to takie gumy - jak się nie chce mieć dzieci to się tego właśnie używa. A. wysłuchała i ucieszyła się, że im wytłumaczył i będzie już spokój. Po rozmowie ze mną dziecko przyszło i powiedziało mamie, że teraz to już wszystko wie - rozmawiało ze mną i wie już co powinniśmy zrobić - żeby ciocia miała dzieci to musi przestać z wujkiem zażywać te gumy!

wtorek, 13 października 2009

Pod koniec sierpnia pojechaliśmy jeszcze na tydzień nad jezioro - w okolice Gorzowa Wlkp. Byliśmy tam z rodzinką brata chłopa, z ich znajomą z dwójką dzieci i jeszcze z ich sąsiadami również z dwójką dzieci. Jak usłyszałam jaka ma być konfiguracja wyjazdowa to pierwszą myślą było: uciekaaać. Uznałam, że jednak jezioro położone w rezerwacie ptaków, pachnący sosnowy las dookoła i pozytywne prognozy pogodowe to wystarczające plusy, które zrekompensują mi 6-kę bachorów. Pełna nadziei dopchałam z chłopem auto i wyruszyliśmy. Niedługo przed wyjazdem chłop nabył wypasioną komórkę z GPS-em, który trzeba było przetestować na znanej drodze żeby później wiedzieć czy można mu ufać. Nasz przewodnik został umieszczony w centralnym miejscu i przez całą drogę towarzyszły nam komentarze - skręć w lewo, w lewo, teraz w prawo i komentarze chłopa - no chyba cię pogięło! w jakie lewo! prosto jedziemy głupia pindo!. Po pierwszej godzinie przestało mi to już przeszkadzać i wyciągnęłam sobie mapę co by w razie czego interweniować ale że nic się dalej nie działo to poszłam spać. Bardzo ubolewam nad tym, że nie jestem w stanie czytać w aucie, ale cóż zrobić :(. Obudziłam się tuż przy celu, sennie zanotowałam ,że las nadal wygląda tak samo przyjaźnie jak w zeszlym roku i drzemałam dalej. Obudziły mnie jakieś dzikie , które po bliższym zbadaniu okazały się dobiegać znad NASZEGO jeziora w rezerwacie! Zobaczyłam dzikie tłumy ludzi okupujące NASZĄ niedużą plażą i równie niewielki pomost. Pocieszyłam się szybko, że to sobota więc miejscowi wylegli nad wodę ale szybko się okazało, że w tygodniu nie było wiele lepiej. Najwięcej osób docierało ok. 13-14 i opowiadali sobie jak to było w robocie, czyli halo! do której oni pracują? Do 12??

Towarzysko było na szczęście sympatycznie - bachory zajmowały się sobą, a jak nie to przychodziły w pobliże ale nie mędziły za bardzo tylko delikatnie sugerowały co by im pomóc wystrugać łódkę z kory bo mają takie fajne scyzoryki od tatusia. Po jakiejś chwili docierali znowu z prośbę o opatrzenie ran kłutych powstałych po pracach rzeźbiarskich. Dołączyli do tego prośbę żeby nie mówić przypadkiem rodzicom. W zasadzie nie powiedzieliśmy ale plastry trochę rzucały się w oczy...A pomaganie w struganiu polegało na tym, że chłop tworzył własną łódkę i tłumaczył chłopcom, że muszą sobie sami radzić bo tylko wtedy się nauczą. Jego asertywność zwłaszcza urzekła mnie w zderzeniu z jojczeniem Piotrusia (najbardziej upierdliwe dziecko na wyjeździe - na szczęście nic nas z nim nie łączy), który to jako naczelny histeryk nic sobie nie zrobił ale zawodził, że on nie uuuuumie i niiic mu nie wychodzi i nigdy nie będzie miał takiej łódki jak wuuujek, do tego smarki wisiały mu do pasa bo nie uznaje chusteczek. Chłop z żelazną konsekwencją zajmował się swoim zajęciem (w dalszym ciągu strugał łódkę i walczył ze sprawieniem jej odpowiedniego kila bo sprzęt musi przecież pływać).

Zwiedzaliśmy okolice co było o tyle ułatwione, że 3/4 osób miało gps-y, a ja z jedną koleżanką kierowałyśmy się mapą i w zasadzie większość urządzeń pokazywała zbliżone kierunki więc udało nam się dotrzeć z powrotem cało i zdrowo...

sobota, 10 października 2009

Spędziłam trochę czasu w Galerii Handlowej, poprzeglądałam najnowsze promocje i najbardziej spodobały mi się dwie starsze panie robiące zakupy w Monnari. Jedna przymierzyła sukienkę i rozpromieniona wychodzi zza zasłonki pokazać tej drugiej zdobycz. Druga patrzy krytycznie i komentuje: "hm, na wieszaku to ona (sukienka) znacznie lepiej wyglądała..." Pani nr 1 rezygnuje z zakupu.

Zawsze uważałam, że bardzo nieliczni nadają się jako współtowarzysze na zakupy aczkolwiek trzeźwe uwagi mojej mamy z gatunku "masz w tym dupę jak stodoła" bywają niekiedy zbawienne...

piątek, 24 lipca 2009

A dzisiaj będzie łańcuch blogowy:

  • Ujawniam, kto mnie w to wrobił: sunflower
  • Tłumaczę, o co w tym wszystkim chodzi (właśnie się staram).
  • Piszę 6 rzeczy o sobie (dlaczego sześć – nie pytajcie, nie wiem).
  • Strzelam do sześciu wybranych osób - nie będę strzelać ale jeśli ktoś by chciał się powywnętrzać to bardzo chętnie przeczytam :).
  • Zostawiam im ostrzeżenie na ich blogach jednocześnie błagając, aby mnie nie znienawidzili za wścibstwo - tego nie robię :).

1. Kiedyś nie jadałam gołąbków bo myślałam, że to są takie balkonowe złowione i wypatroszone i dość długo tak myślałam...

2. Uwielbiam czas wakacyjny bo pojawiają się w sklepach kolekcje papiernicze, które zawsze oglądam i najczęściej coś kupuję - w końcu ładnych długopisów, ciekawych zeszytów i segregatorów nigdy dość. Później te zeszyty czekają aż wreszcie je spożytkuję. Zawsze też kupuję notes z twardą okładką z którym chodzę do pracy, przepisuję ważne rzeczy ze starego do nowego, a stary umieszczam na półce - mam już niezłą kolekcję z którą nie zamierzam się rozstawać.

3. Posiadam bardzo dużo książek, które powoli zaczynają dominować u nas w domu ale nigdy żadnej nie wyrzuciłam ani nie sprzedałam, część została przejęta przez moją siostrę.

4. Zupełnie nie posiadam słuchu ani głosu ale bardzo lubię śpiewać i codziennie rano po wejściu do auta odpalam aktualnie słuchaną płytę i drę się przez całą drogę.

5. Lubię stare polskie zespoły - "czerwone Gitary", "Skaldów", a kiedyś szalałam za New Kids on the Block i miałam wytapetowane pół pokoju ich plakatami.

6. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym pracować w miejscu w którym nie lubiłabym współpracowników choćbym miała za to dostawać jakieś straszne pieniądze.

sobota, 04 lipca 2009

W tym roku było tak jak w poprzednich latach czyli szybka decyzja o urlopie, szukanie lasta i jedziemy. Wszystko zajęło nam tydzień, a potem 2 tyg. wylegiwania się, spławiania i nadrabiania zaległości czytelniczych. Moja torba znowu ledwo zmieściła się w kategorii do 20 kg bo ksiązki swoje ważyły, a przecież nie mogłabym ich nie zabrać. Chłop już też się z tym oswoił, rzucił tylko żebym dla niego też coś wzięła. Objuczeni pognaliśmy prawie prosto z pracy na lotnisko, odebraliśmy bilety i zaczęliśmy wakacje. Znowu nie będzie żadnych mrożących krew w żyłach opowieści o niezwykłych przygodach bo.. hmm... wakacje zostały tak zaplanowane żeby się wygrzać i porozciągać plażowo. Cel został osiągnięty, wróciliśmy wyspani, wypoczęci z rozprasowanymi zmarszczkami i świeżą opalenizną bo nie przekonują mnie uprzedzenia słoneczne typu filtr 50, okutanie od stóp do głów i parasol nad głową... A tutaj kilka zdjęć:

 w1

Sztampa i stały punkt programu czyli zachód słońca nad morzem :)

w2

Popłynęlismy na wycieczkę do "domu delfinów" tylko byliśmy jednymi z wielu odwiedzających i na widok kolejnych turystów delfiny zrobiły gwałtowny w tył zwrot.

w3

Obserwowaliśmy wyczyny mknących po falach, moze w przyszłym roku spróbujemy, na razie tylko obwąchaliśmy czym to pachnie.

w4

A tutaj wyjątkowo zadbany zakątek hotelowy, niestety Arabowie nie rozumieją czegoś takiego jak zieleń o którą trzeba dbać dlatego spora część hotelu (ta daleka od basenów i recepcji) była wyschnięta na pieprz.

w5

Powyżej pan, który prawdopodobnie nie miałby nic przeciwko stringom gdyby tylko wiedział, że takie dla mężczyzn też można nabyć...

wtorek, 09 czerwca 2009

Długo nie mogłam się oswoić z tym, że każdy zza swojego biurka, po odpowiednim wychyleniu się zza swojego boksu, doskonale widzi co sąsiad robi, o czym rozmawia i czy przebywa aktualnie na diecie czy już odpuścił, a może ma nowe buty? To ostatnie widać najlepiej gdy obserwowany podąża do kuchni albo wc - wtedy można się spokojnie przyjrzeć bo delikwent może wybrać tylko jedną drogę - przez środek, taka power alejka firmowa.

Powoli przyzwycziłam się już do tej firmowej symbiozy ale cały czas zdarzają się przypadki, które mnie jednak zaskakują. Wczoraj dotarliśmy do naszej zagrody, zasiedlismy i poczuliśmy, że nie ma czym oddychać, udałam się więc w kierunku okna. Niestety, okazało się być zamknięte na klucz. Pozostało mi tylko dokręcić klimę na max. Zobaczyła to koleżanka zza dwóch biurek dalej, która poinstruowała mnie, że odbyła specjalne przeszkolenie z obsługi klimy u naszego konserwatora, który uświadomił ją, że ustawienie na -2 powoduje efekt odwrotny - coś się wtedy zacina i pompuje ciepłe powietrze więc trzeba zostawiać na -1. Wysłuchałam, przestawiłam i usłyszałam tekst miesiąca bo koleżanka kontynuowała rozprawę: "I wiesz te nasze okna są zamknięte na klucz żeby klima działała, ale dział personalny sobie wynegocjował, że mogą mieć dwa okna otwarte to my tez możemy spróbować!".Taa, myślę, że ponegocjuję kwestię otwierania okien, nawet sądzę, że będę się musiała uciec do drobnej manipulacji ale cel uświęca środki.

wtorek, 02 czerwca 2009

Od kilku dni chłop mój jest wolnym strzelcem - w sensie pracowym bo ja go nie odobrączkowałam - chciał to teraz ma wieczyste użytkowanie. Chłop złożył wymówienie i ostatecznie przeszedł na swoje. Wiąże się to z jedną bardzo niemiłą dla mnie sprawą - otóż ja codziennie muszę się zwlekać z ciepłęgo łóżka o nieludzkiej porze, a on przykrywa się szczelnie poduszką, pomrukuje żebym go nie rozgniatała jak wstaję i nie budziła bo on wstanie później "siłami natury"... Nie byłabym sobą gdybym nie zaczęła sobie suszyć włosów w sypialni - bo tu jest wygodny fotel i ja tu lubię (gdyby ktoś miał wątpliwości). Chłop wyjrzał spod poduszki z mordem w oczach, a ja odparłam niewzruszenie, że robię za jego siłę natury, wcześniej przezornie odsunęłam się na niedosięgalną odległość.

Tak, bywam wredną zołzą no ale jak można być taką świnią i wysypiać się w momencie gdy ja muszę wstać? Coraz bardziej myślę nad swoją firmą tylko pomysł nie jest jeszcze skrystalizowany... Gdzie się widzicie zawodowo za powiedzmy 10 lat? Można to potraktować jako spowiedź :).

sobota, 30 maja 2009

Hmm tak więc ogłaszam wszem i wobec, że mam się dobrze :). Jak wracam do domu po n-godzinach przed komputerem to starannie unikam wszelkiego kontaktu z klawiaturą... Nie wychodzi mi to do końca i inne blogi śledzę tylko ten mój sobie leży odłogiem i zarasta, ale będzie lepiej bo planuję trochę zmienić godziny pracy i zacząć wracać o ludzkich porach do domu.

W międzyczasie doszłam do wniosku, że najwyższa pora porzucić zimowe efekty leniuchowania i zacząć coś ze sobą robić. Pomysł siłowni lub aerobiku zarzuciłam od razu bo przecież tego nie lubię to co się będę katować. Pozostało mi tylko przejść na dietę MŻ,jestem na niej od dłuższego czasu i efekty na początku były mizerne ale teraz jest coraz lepiej i wizja mnie na plaży zaczyna wyglądać oraz bardziej kusząco. Wszystko by było fajnie gdyby nie to, że w pracy gdzie na tych samych metrach kwadratowych pracuje jkaś setka ludzi, takie sprawy jak zmiany żywieniowe nie przechodzą nie zauważone i oczywiście każdy musi wtrącić swoje trzy grosze - powoli się uodparniam i nie mam ochoty zagryźć na miejscu tych litościwych podsuwających czekoladę...

poniedziałek, 09 marca 2009

Mam bliską przyjaciółkę z którą znamy się od 25-ciu lat czyli od czasu gdy ona ledwo chodziła, a ja wraz z jej siostra byłysmy już dumnymi pierwszoklasistkami i teraz mam jakby dodatkowe 2 siostry. Uwielbiam je obydwie ale czasami doprowadzają mnie do szewskiej pasji swoim baardzo luźnym podejściem do kwestii czasowych - spóźnienie półgodzinne to jest przyjście na czas witane rzęsistymi brawami, a spóźnienie godzinne to norma. Znając to już doskonale, umawiam się zwykle w domu albo w takim miejscu gdzie będę miała co robić bo jednak czułabym się nieswojo gdybym miała się spóźnić z premedtacją godzinę - w końcu może kiedyś zdarzy się cud i dotrą na czas?

Jedna się zreformowała nieco i przybywa z opóźnieniem studenckim czyli kwadrans co jest ok, a jakby uprzedziły to przełknęłabym i tę godzinę ale z uprzedzaniem jest już znacznie gorzej.

Ostatnio próbowałam się dodzwonić do młodszej żeby jej uświadomić jak stara się już stała ale komórka odpowiedziała, że nie ma takiego numeru. Dodzwoniłam się pod numer domowy i tam K. powiedziała, że tak, komórka jej nie działa bo sieć komórkowa wycięła jej taki wredny numer, że odcięli jej telefon!. Spytałam o szczegóły i usłyszałam historię jak to K. wydzwoniła jesienią ok. tysiąca zł (za miesiąc...). Zmrożona wizją spłat udała się do punktu obsługi klienta i rozłożyła płatność na raty, które spłacała. W międzyczasię rozmawiała przez tel. i ograniczała się bardzo, ale rachunki jednak jakieś były, których nie płaciła bo przecież spłacała raty!  Do tej pory było tak, że jak nie zapłaciła za jeden miesiąc to w następnym miesiącu przychodziło jej saldo z dwóch miesięcy, gdy tego też nie uregulowała to przychodził jej sms, że odetną jej kom jak nie zapłaci. Jeśli i to nie skutkowało to odcinali jej rozmowy wychodzące, a teraz chamy jedne odcięły jej rozmowy przychodzące i wychodzące i to bez ostrzeżenia! Świnie, świnie totalne :). 

niedziela, 15 lutego 2009

W związku z tym, że do moich obowiązków nalezy też przeglądanie co u konkurencji piszczy i teoretycznie powinnam to robić w tygodniu, a w praktyce zawsze jakoś służy mi do tego sobota, to dzisiaj wyciągnęłam chłopa do Galerii i po szybkim biegu posklepowym poszliśmy do KFC. Niestety było tam też mnóstwo rodzin z małoletnimi dla których usiedzenie w jednym miejscu zakrawało na najgorszą torturę. Trzeba przyznać, że część dorosłych usiłowała przeprowadzać jakąś tresurę ale kiepsko im to szło. Najgorsza była jedna 3-4 - latka jeżdżąca krzesłem, krzesło to wydawało taki dźwięk jak skrzypienie kredą po tablicy. Za każdym razem zaczynałam cdotkliwie odczuwać zęby. Gdyby właściciele okolicznych przystanków żarciowych chcieli szybciej zwolnić miejsca i zwiększyć rotację ludzi to taki bachor byłby strzałem w dziesiątkę...

Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie zawitała też do Empiku. Wyjątkowo poprzestałam dzisiaj na gazetach, ale za to w dziale z fantastyką odzyskałam wiarę w sensownych rodziców. W tle usłyszałam zgrzędzącego chłopczyka, który marudził, że mu się nudzi i chciałby już iść. Na to wesoły męski głos wytłumaczył mu, że tam dalej jest dział dla dzieci i może sobie wybrać dwie książki. Mały ucichł, ja zanurkowałam pomiędzy półki i po jakimś czasie znowu usłyszałam jojczenie. Zniecierpliwony lekko ojciec zaczął tłumaczyć małemu, że tutaj trzeba się zachwywać tak samo grzecznie jak w bibliotece bo też są tutaj książki (!), a za moment usłyszałam jak mały pyta czy to są książki o smokach - otrzymał wyjaśnienie razem z krótkim wykładem na temat róznic pomiędzy fantasy, S-F, a horrorami. Moje serce rosło coraz bardziej i wyszłam stamtąd podniesiona na duchu - Borejkowie istnieją w rzeczywistości :).

A walentynki tradycyjnie w kinie - gdyby ktoś dał się skusić reklamie jagodowej miłości to poza Natalie Portman naprawdę nie ma tam co oglądać. 

 

środa, 04 lutego 2009

Tak właściwie to zatrzymałam się w grudniu, no może na początku stycznia... Zupełnie nie wiem gdzie zginął mi prawie miesiąć. A co się dzisało? Na froncie domowym spokojnie, a na froncie pracowym coraz bardziej przekonuję się o wyższości kształcenia w Polsce bo my prznajmniej wiemy, że skład surowcowy danego produktu musi dać w sumie 100%. Nie, nie jest to bynajmniej oczywiste, a ja nauczylam się już pisać dokładnie, że brakuje tylu i  tylu % w opisie i nie liczyć na to, że ktoś wpadnie na to o co mi chodzi bo przecież jest ok... Od poniedziałku z kolei żyjemy katastrofą i walką z żywiołem, która odbywa się w Londynie. Żywioł jest na tyle trudny do opanowania, że sparaliżował życie całego miasta, komunikacja słabo działa, liczba stłuczek pobiła wszelkie rekordy, a Anglicy nie chodzą do pracy bo wiadomo, katastrofa. A ów żywioł to śnieg, który spadł i ma całe 10 cm... Oczywiście nasi Angole także nie pracowali bo przecież nie dało się wyjść z domu. Nie bylibyśmy jednak sobą gdybyśmy nie wysłali im zdjęć zimy stulecia w Polsce z adnotacją żeby trzymali się ciepło i nie martwili bo może być dużo gorzej. Nie odpisali, ciekawe dlaczego...

piątek, 09 stycznia 2009

Moi główni szefowie to Anglicy. Słyszymy się na telekonferencjach, widzimy kilka razy w roku i to bardzo zdrowy układ dla mnie bo niekoniecznie tęsknię za wpadającym znienacka palantem, który próbował mnie musztrować przy każdej nadarzającej się okazji. Tutaj robię to co mam zrobic, wysyłam raporty, wiem kiedy jest ostateczny termin oddania wszelkich takich rzeczy i w niedzielę wieczorem nie boli mnie żołądek.

Oczywiście nie wiem czy za rok nie będę pracować gdzie indzej ale na razie nic tego nie zapowiada. A wracając do naszych Anglików to zawsze myślałam, że te wszystkie small talk -i to są jakieś bzdury, które wciskają nam nauczyciele. Okazało się ,że tak wcale nie jest. Oni naprawdę każdą rozmowę zaczynają od "how are you" i jak tylko nie powiem z uśmiechem, że "I'm fine" to patrzą  z popłochem bo nie bardzo wiedzą o co chodzi i w ogóle jak mogę się wyłamywać?. Ale to takie nieszkodliwe dziwactwa. bardziej mnie bawią ich "well done" po każdym dobrze wykonanym zadaniu. Łeldan rządzi :) Opowiedziałam o tym chłopu, który teraz na przywitanie pyta mnie czy dostałam jakiegoś "gudlaka" i upewnia się czy funkcjonują też u nas fakeny. I co z takim zrobić ?:).

niedziela, 04 stycznia 2009

Żyję nadal tylko dzień za dniem tak upływa, że ciężko mi złapać oddech. A nie dzieje się właściwie nic specjalnego. W święta zrobiłyśmy z młodą furorę bo zamiast pierniczków wymyśliłyśmy, że zaszalejemy i zrobimy domki z piernika. Strat w sprzętach ani w ludziach nie odnotowano, a tydzień ciężkiej pracy zaowocoawał 3-ma domkami. Przy trzecim wiedziałyśmy już dokładnie na co zwracać uwagę i jak się opatruje rany pooparzeniowe (niestety sklejanie domku gorącym karmelem pozostawia lekkie ślady ale wyżyłyśmy). Poza tym właściwie nic nowego, wigilia sympatyczna, szał przedświąteczny nie dotknął nas jakoś bardzo, prezenty kupiliśmy już wcześniej i sądząc po minach obdarowanych udało nam się trafić. Zwłaszcza rodzinne bachory były wniebowzięte i rozanielone okupywały wersalkę nie wydając żadnych odgłosów przez bitą godzinę. Zaniepokojona babcia sprawdzała czy aby na pewno dobrze się czują bo rzadko się zdarza żeby któremuś nie wydawało się, że dostał za mało, a drugi dostał więcej/lepsze/a jego to już w ogóle nikt nie lubi... A my tradycyjnie obżarci, wreszcie wyspani i bez noworocznych postanowień.

A w sylwestra wytrzymaliśmy na imprezie do 4-tej co należy odnotować bo nie zdarzyło nam się to od bardzo dawna. Do domu dotarliśmy przed 5-tą i co zobaczyły nasze zmęczone oczy? Ekipę młodej, która w najlepsze jeszcze szalała, Ekipa przywitała się z nami uprzejmie i zaproponowała, że ściszy nieco muzykę. Półprzytomnie stwierdziliśmy, że idziemy spać i zasugerowałam, że o 5-tej jest pierwszy autobus. Młodzież przyjęła do wiadomości i wróciła do swoich zajęć. Zamknęli sobie szczelnie drzwi i zleźli na dół. Kiedy już udało nam się wreszcie usnąć uszom naszym ukazały się dźwięki dobiegające z dołu.  Posileni pozostałymi zapasami i zdrzemnięci, nabrali nowych sił. Dorwali śpiewnik szantowy i wcielali w czyn słowa, że śpiewać każdy może. Niestety nie mamy dźwiękoszczelnych ścian co ze zgrzytaniem zębów potwierdziłam nausznie. Doczekałam do 8-mej, ubrałam się i poszłam na dół w celu zmobilizowania ekipy do odwrotu. Przywitali się ze mną wylewnie i pokazali efekty sprzątania. Faktem jest, ze wszystko poskładali, byli trzeźwi i rześcy zbierali się do wyjścia. Udobruchana zaoferowałam śniadanie co przyjęli z chęcią i uspokojeni moją gościnnością koczowali do 13-tej... No sympatyczni byli ale jakoś wyrosłam już z kilkudnowych imprez. Najwyraźniej starzeję się coraz bardziej. A wy jak spędzaliście sylwestra? Ktoś ma jeszcze kondycję? No nie chcę się czuć jak ostatni zgred...

A w ogóle to wszystkim w nowuym roku życzę zdrowia i pieniędzy, resztę we własnym zakresie się już załatwi :).

czwartek, 04 grudnia 2008

Jeżdżę od paru lat, głównie po mieście. Rozmawiamy z chłopem, co sprawia, że mówi się o kimś "doświadczony kierowca". Chłop twierdzi, że decydująca jest liczba kilometrów. Słyszy to moja mama i zadaje szybkie i celne pytanie:

 - malujesz się podczas jazdy?

- No tak, zawsze rano po drodze do pracy - oszczędzam w ten sposób jakieś 5 minut.

- No tak, to już dobrze, a malowałaś sobie już w aucie paznokcie?

-No ze dwa razy mi się zdarzyło

- To zdecydowanie dobrze jeździsz.

Opowiadam o tym w pracy i koleżanka zabija mnie pytaniem czy przeszłam już na ekstraklasę i doszłam do malowania paznokci u nóg :).

wtorek, 18 listopada 2008

Jak już dotarliśmy na miejsce to okazało się, że gospodarzy u których wynajmowaliśmy apartament, nie ma w domu. Cemno, głucho i pusto. Obeszliśmy dom i na drzwiach od suszarni znaleźliśmy kartkę z opisem gdzie mamy szukać kluczy i z życzeniami miłego pobytu. Gospodarzy znaliśmy tylko mailowo, nigdy tam wcześniej nie byliśmy. Mile nas zaskoczyli takim podejściem - wyobrażacie sobie coś podobnego u naszych górali? Sprawdzaliby czy na pewno nie mamy niczego elektrycznego w nadmiarze, czy nikogo nie przemycamy itd. A tutaj pełna kultura, komfort i normalne ludzkie podejście. Dało na to do myślenia również dalej gdy okazało się, że na lodowiec do Austrii przyjeżdża bardzo dużo Polaków. Jeśli osoby wynajmujące od kilku lat pokoje mają takie podejście to znaczy, że nie mają złych doświadczeń, czyli że rodacy nie pozostawili po sobie złego wrażenia - krzepiące to bardzo...

A jak tak dalej roztrząsaliśmy to doszliśmy d wniosku, że naprawdę bardzo dużo się pozmieniało. Będąc w podstawówce nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że za kilkanaście lat wsiądziemy we własne auto,weźmiemy narty i ot tak pojedziemy sobie na kilka dni za granicę na narty i to bez paszportu i za niewielkie pieniądze (kurs euro bardzo nas cieszył:). Mało tego, na stoku nie bardzo będzie się dało odróżnić czy to Polak czy jakiś zagraniczny bo będzie wszędzie ten sam sprzęt, te same auta, te same ciuchy. A pamiętam jak byłam jeszcze w liceum, jak przyjeżdżali do nas rózni uczniowie na wymianę i jaka była między nimi i nami przepaść - oni wyluzowani, kolorowo ubrani i my mówiący lepiej po angielsku od nich ale mający o wiele większe opory w porozumiewaniu. Oni mówili fatalnie, z akcentem , niegramatycznie ale nie przeszkadzało im to zupełnie. Młoda, młodsza ode mnie o ładnych parę lat zupełnie już nie rozumie w czym rzecz i nie zwraca uwagi na takie spraw bo dla niej to wszystko jest oczywiste.

piątek, 14 listopada 2008

Dotarliśmy po kilku dniach białego szaleństwa. Pomimo faszerowania się l-karnityną, zapijania aspiryną i obsmarowywania maścią czuję każdy mięsień, odkryłam też sporo dodatkowych. Sporą część wyjazdu spędzilismy w samochodzie bo droga długa ale mimo tych wszystkich niedogodności absolutnie było warto - te widoki, ten klimat i ten spokój gdzie nikt nic nie chce, nie pogania (poza jednymi takimi lubiącymi zaczynać jazdę po świeżo wyratrakowanym "sztruksiku" - ci usiłowali nas zwlekać z łóżka przed 7 ale dzielnie stawiliśmy opór:). Co prawda miałam plan be w którym leżę w łóżku, w zasięgu mam stosik książek, gazet, zimne mleko i nutellę ale chłop nie dał się przekonać i wabił mnie w kierunku nartowym. Ale co ja będę za dużo pisać, oto dlaczego jednak było warto:

gory

gory2

gory3

gory4

sobota, 18 października 2008

Ostatnio dużo się dzieje złego wokół mnie. Moi przyjaciele stracili dziecko, u drugich nie wiadomo czy uda się utrzymać ciążę, koleżanka ma synka z porażeniem mózgowym, a jeszcze jeden przyjaciel od lipca walczy w szpitalu o życie. Na tle tego wszystkiego zwykłe problemy z pracą, pieniędzmi i z codziennymi sprawami, bledną. A jeszcze na tle tego co dzieje się w krajach trzeciego świata to w ogóle dobrze, że żyjemy i mamy co jeść. Pewnie, że każdy żyje swoimi sprawami, martwi się problemami, które w jego skali są najważniejsze, a to co się dzieje daleko i innym nie jest istotne ale gdy w najblizszym otoczeniu pojawia się tyle innych tragicznych spraw to człowiekowi zmienia się perspektywa...

Zawsze byłam dobrą słuchaczką, doradziłam, pocieszyłam i wysłuchałam bez krytyki ale teraz czasami puszczają mi już nerwy i zaczynam opieprzać. Jeśli ktoś jest zdrowy, młody, ładny, inteligentny, ma fajną rodzinę, ma z czego żyć to naprawdę lepiej nie kusić losu i nie jojczeć. Na wszystkie sprawy, poza zdrowiem, mamy wpływ i to od nas zależy jak będziemy żyć. W sumie nie mamy za dużo czasu do dyspozycji to może warto być szczęśliwym?

Przestałam dzielić włos na czworo i przejmować się głupotami. Myślę, że jestem na dobrej drodze żeby powiedzieć - tak, jestem szczęśliwa. Nigdy nie wszystko jest super ale gdybym miała wybierać to nie zamieniłabym się z żadną z tych osób, które opisałam... Jesteście szczęśliwi?

środa, 15 października 2008

Czego człowiek się dowiaduje o facecie z którym jest od ośmiu lat? Chłop ma wyraźne zapędy sadystyczne.

Siedzimy sobie wieczorem w sypialni i rozmawiamy o tym, że trochę tu pusto u nas w domu. Chłop podpowiada, że jak mi brakuje towarzystwa to mogłabym sobie kupić świnkę morską. Zaczynam to rozważać, a po krótkiej chwili chłop kontynuuje - wiesz, gdyby się okazało, że jest za kłopotliwa to zawsze możńa ją zapoznać z psami - silniejszy przetrwa... Taa, właściwie to bardzo ekonomiczne podejście, a ja się czepiam :).

wtorek, 07 października 2008

W zeszłym tygodniu Młoda oznajmiła, że planuje popłynąć na rejs o Bałtyku. Nie będzie jej przez tydzień. Płynie z ekipą kilku osób, których świetnie zna, mają patenty morskie, wszyscy się świetnie znają na żegludze i w ogóle będzie super. Jak o tym usłyszałyśmy z mamą to zaczęłyśmy długą litanię na nie. Młoda stwierdziła, że tak, jest zimno, tak będzie musiała ubierać na siebie zimowe ciuchy włącznie z czapką i rękawiczkami, tak wie o tym, że przy sztormie nawet najwięksi twardziele wiszą przewieszeni przez burtę i oddają hołd Neptunowi, tak przy kilkunastogodzinnym rejsie jest problem z potrzebami naturalnymi, a baby to już w ogóle mają ciężko. Ona to wszystko wie, przeczytała sporo książek Barańskiego i nic z tego jej nie rusza. Hmmm. w tym miejscu skończyły nam się argumenty...

W tym samym terminie planowała wyjechać również mama w związku z czym oboje z chłopem zostaliśmy zaangażowani do pilnowania domu i żywego inwentarza. Mama pojechała w czwartek i miała byćp oza Polską przez kilka dni, zostawiła Młodej swoje klucze, my dojechaliśmy w czwartek wieczorem. W piątek, przed wyjściem do pracy, po nakarmieniu inwentarza, pomocy kanapkowej dla Młodej, odsikaniu i zwołaniu do domu zwierzyny pojechaliśmy do pracy. Młoda o 15.50 miała pociąg. O 15 doszłam do wniosku, że upewnię się ,że wszystko załatwiłam. Doszłam do rutynowego sprawdzania kluczy od domu. Nie znalazłam... Nie wypadły mi też w aucie. Zadzwoniłam do Młodej z pytanie kiedy ma następny pociąg. Młoda spanikowana wyjaśniła, że następny nie wchodzi w grę bo ona się musi przesiąść i nie zdąży jak pojedzie później... Wiedziałam, że w życiu nie zdążę dojechać na dworzec w 40 minut i zaczęłam kombinować. W końcu powiedziałam Młodej żeby poszła do Galerii, któa jest blisko dworca i znalazła jakąś miłą sprzedawczynie u której zostawi mi te klucze. Znalazła sympatyczną dziewczynę w Big Starze i zostawiła. Dotarłam po pracy, odebrałam i wszystko dobrze się skończyło. Nie wiem co byśmy zrobili gdyby to wszystko wyszło później. Pół biedy dom ale psy by padły...

Chłop jak usłyszał o całej sytuacji to powyrzekał jaką to ma sklerotyczny egzemplarz, że ta wymiana to powinna być już i w ogóle poutyskiwał jakie to blondynki są udane. W sobotę urządzaliśmy jego imieniny, miał pojechać na zakupy, wziąść kilka rzeczy z naszego mieszkania i wrócić. Po godzinie dzwonię do niego z kolejną listą co powinien jeszcze nabyć i słyszę, że na razie to on wraca do domu bo nie zapomniał zabrać klucze od naszego mieszkania...

kurtyna :) 

wtorek, 30 września 2008

Leżymy sobie z chłopem po całym dniu. Chłop zadowolony, szczęśliwy i nażarty (wyjątkowo zrobiłam całkiem niezły obiad). Leży i sibie dywaguje co by było gdyby. Właczam się w momencie gdy dochodzi do zmiany partnerów. Tłumaczę, że ponowne wychowanie chłopa trwa bardzo długo i nie chciałoby mi si nikogo wymieniać.

- no tak, na bezrybiu...

- na jakim bezrybiu! - obruszam się

- Różni się na mnie rzucali, teraz zresztą też znaleźliby się zainteresowani...

- Wybacz im, nie wiedzą co czynią.

Zawsze można liczyć na własnego faceta :)

poniedziałek, 22 września 2008

Kilka dni temu chłop zaczął mi się z lekka pokładać, rozkładać i przebąkiwać o własnym rychłym zgonie. Nauczona doświadczeniem rzeczowo przepytałam co mu konkretnie dolega. Okazało się, że do niedawna  bolące gardło, a teraz dołączył jeszcze katar - zabójca. Wyraziłam ubolewanie, zaordynowałam gripex i bez skrupułów położyłam się spać na swojej połowie. Chłop pokręcił się jeszcze chwilę i urażony ułożył się po swojej stronie owinięty własną kołdrą. Zgasiłam światło, stoczyłam szybką i skuteczną walkę o  jaśka i powoli zaczynałam przysypiać kiedy poczułam, że coś się na mnie ryje. W okolicach brody poczułam kłucie nieogolonej brody II, a mój żołądek z trudem dopasował się do pozycji na precla. Z trudem otworzyłam jedno oko i zauważyłam wpatrującego się we mnie pana zbolałego.

-Noo ? - wymamrotałam półprzytomnie.

-Chory jestem - powinnaś mnie grzać - zaczął się domagać.

- Myślałam, że nie lubisz krępowania ruchów w łóżku i nie chciałam się narzucać...

 - Zawsze możesz mi się narzucić na plecy - co powiedziawszy wgniótł mnie w ścianę i rozanielony usnął.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15